W stronę Afryki 2026
WYPRAWA

W stronę Afryki 2026

Reportaż

Historia wyprawy

Nie każda wyprawa kończy się tam, gdzie wskazuje pinezka na mapie. Czasem najważniejsza część podróży zaczyna się właśnie wtedy, kiedy trzeba zrezygnować z pierwotnego planu.

Afryka od dawna była jednym z naszych wyprawowych celów. Sytuacja w różnych częściach kontynentu sprawiała jednak, że kolejne pomysły odkładaliśmy na później.

Kiedy organizatorzy Złombolu ogłosili, że w 2026 roku meta będzie w Maroku, nie mieliśmy większych wątpliwości.

Jedziemy. Honkerem. Do Afryki.

Honker szykuje się na Afrykę

Zdawaliśmy sobie sprawę, że będzie to zupełnie inne wyzwanie niż nasze wcześniejsze wyprawy. Przed nami były tysiące kilometrów europejskich dróg, ograniczony czas na dotarcie do promu w Almeríi, a później lipcowe temperatury w Maroku.

Honker musiał być na to przygotowany.

Jedną z najważniejszych modyfikacji była elektryczna klimatyzacja. Żeby zapewnić jej odpowiednie zasilanie, samochód otrzymał dodatkowy alternator i akumulator. Przebudowaliśmy również część wyprawową.

Tym razem jechaliśmy we dwójkę, dlatego zmodyfikowaliśmy wnętrze tak, aby przez dwa tygodnie dało się w nim wygodnie funkcjonować. Zmiany objęły między innymi kuchnię, zlew i organizację przestrzeni do życia.

Od strony mechanicznej nie przeprowadzaliśmy rewolucji. Samochód przeszedł normalny przegląd i przygotowanie przed długą trasą.

Mieliśmy jednak świadomość, że będzie to dla niego poważny test.

Daleko. Gorąco. Dużo kilometrów. I niewiele czasu.

Plan: jedną stroną Europy tam, drugą z powrotem

Rozważaliśmy dwa warianty dojazdu do Hiszpanii.

Pierwszy prowadził na północ od Alp – przez Czechy, Niemcy i Francję. Drugi południem, między innymi przez Włochy.

Wybraliśmy pierwszy.

Plan zakładał dotarcie do Almeríi, przeprawę promową do Maroka, udział w finale Złombolu i późniejsze zwiedzanie Afryki. W drodze powrotnej chcieliśmy natomiast pojechać południowym wariantem przez Włochy.

W ten sposób sama droga przez Europę również miała stać się częścią wyprawy.

Największym przeciwnikiem był czas. Musieliśmy zdążyć na zarezerwowany prom do Maroka, dlatego przyjęliśmy prostą zasadę: jeżeli danego dnia możemy przejechać więcej, niż zakłada plan – jedziemy dalej. Każde dodatkowe kilometry oznaczały większy zapas na później.

Ruszamy!

Po starcie Złombolu skierowaliśmy się przez Czechy.

Brno, Praga, dalej Niemcy i okolice Norymbergi.

Pierwszego dnia wszystko działało dokładnie tak, jak powinno. Pogoda była dobra, sobotni ruch niewielki, a dołożona przed wyprawą klimatyzacja okazała się strzałem w dziesiątkę.

Honker jechał, kilometry znikały, a my byliśmy pełni optymizmu.

Plan na pierwszy dzień udało się nawet przekroczyć. Minęliśmy Norymbergę i pojechaliśmy jeszcze kilkadziesiąt kilometrów dalej. W końcu znaleźliśmy przy trasie spokojne miejsce postojowe, gdzie mogliśmy przespać noc.

Byliśmy mniej więcej w połowie drogi przez Niemcy.

Następnego dnia mieliśmy wjechać do Francji.

I właśnie wtedy wszystko zaczęło się zmieniać.

Pierwsze objawy

Drugiego dnia ruszyliśmy bez większych komplikacji.

Dopiero w pobliżu granicy francuskiej zaczęliśmy zauważać, że z samochodem dzieje się coś niedobrego.

Początkowo trudno było ustalić przyczynę. Po przekroczeniu granicy sytuacja pogorszyła się na tyle, że można było już rozpocząć konkretną diagnozę.

Problem znaleźliśmy.

Uszkodzony był fragment przewodu układu dolotowego pomiędzy turbosprężarką a intercoolerem.

Niewielki kawałek gumowej rury. Kilkanaście centymetrów.

Tyle wystarczyło, żeby zatrzymać wyprawę do Afryki.

Co więcej, okazało się, że przewód został wcześniej pogryziony przez kuny. Uszkodzenie było już na tyle poważne, że pod ciśnieniem układ przestawał być szczelny.

Honker tracił moc i zaczynał mocno kopcić.

Trzeba było coś wymyślić.

Taśma, puszka po piwie i butelka PET

Zaczęła się walka.

Pierwszy pomysł był najbardziej oczywisty – spróbować uszczelnić przewód taśmą i jechać dalej.

Nie działało.

Ciśnienie w układzie powodowało, że prowizoryczna naprawa wytrzymywała chwilę, po czym wszystko zaczynało się od początku.

Zatrzymywaliśmy się na kolejnych parkingach i próbowaliśmy następnych rozwiązań.

I wtedy po raz kolejny okazało się, że Złombol to nie tylko samochody.

To przede wszystkim ludzie.

Pomagali uczestnicy innych ekip. Szczególne podziękowania należą się kolegom jadącym Syrenką. Pomagali również spotkani po drodze kierowcy ciężarówek. Kiedy w końcu Honker stanął na pasie awaryjnym, zatrzymywały się kolejne złombolowe ekipy.

Pomysłów nie brakowało.

Była taśma. Były puszki po piwie. Były butelki PET. Były różne kawałki metalu i kolejne próby stworzenia czegoś, co wytrzyma ciśnienie w układzie.

Przez chwilę działało.

Kilka kilometrów później problem wracał.

Po przejechaniu zaledwie kilkunastu kilometrów w głąb Francji stało się jasne, że w ten sposób do Maroka nie dojedziemy.

Potrzebujemy kawałka gumowej rury

Postanowiliśmy znaleźć miejsce, w którym będziemy mogli spokojnie rozebrać układ, zdobyć części i naprawić samochód.

Pierwsza próba znalezienia noclegu zakończyła się niepowodzeniem. W miejscowości, w której chcieliśmy się zatrzymać, odbywał się akurat koncert i praktycznie wszystkie miejsca były zajęte.

Pojechaliśmy więc dalej i ostatecznie trafiliśmy na niewielki kemping.

Dla nas był idealny.

Mogliśmy zatrzymać samochód i spokojnie przy nim pracować.

Wieczorem odpuściliśmy dalszą walkę. Rano mieliśmy ruszyć na poszukiwanie części.

Teoretycznie zadanie wydawało się banalne.

Potrzebowaliśmy kawałka gumowego przewodu o średnicy około 60 mm.

Tylko tyle.

„Poproszę numer VIN”

Uszkodzonym Honkerem pojechaliśmy do miasta i zaczęliśmy od sklepu motoryzacyjnego.

Próbowaliśmy wytłumaczyć, czego potrzebujemy.

Odpowiedź?

Numer VIN.

Problem w tym, że VIN Honkera w katalogu francuskiego sklepu motoryzacyjnego raczej nie otwiera zbyt wielu możliwości.

Próby wyjaśnienia, że nie szukamy dedykowanej części do konkretnego modelu samochodu, a jedynie odpowiedniego kawałka gumowej rury, niewiele dały.

Wyszliśmy bez części.

I wtedy wydarzył się jeden z tych przypadków, które podczas wypraw zdarzają się w najmniej oczekiwanym momencie.

Przypadkowo spotkany człowiek zainteresował się naszym Honkerem. Kiedy dowiedział się o problemie, wskazał warsztat, z którego sam korzystał i którego pracownicy – jak twierdził – powinni nam pomóc.

Pojechaliśmy.

Francuski warsztat kontra Honker

Mechanicy byli chętni do pomocy.

Problem polegał na tym, że nie bardzo wiedzieli, co właściwie przed nimi stoi.

Honker nie jest samochodem, którego francuski mechanik spotyka codziennie.

Mogliśmy zostawić auto i pozwolić im próbować je naprawić, ale po wcześniejszych doświadczeniach uznaliśmy, że lepiej będzie zrobić to samodzielnie.

Potrzebowaliśmy od nich przede wszystkim części.

Ostatecznie udało się znaleźć stary przewód wymontowany z innego silnika. Na pierwszy rzut oka wyglądał obiecująco.

Kupiliśmy go i wróciliśmy na kemping.

Dopiero tam okazało się, że średnica nie jest właściwa.

Znowu trzeba było kombinować.

Naprawa po złombolowemu

Mając uszkodzony oryginalny przewód, znaleziony we francuskim warsztacie kawałek i to, co zabraliśmy ze sobą, zaczęliśmy budować jeden sprawny element.

Po wielu próbach udało się.

Powstała prowizoryczna konstrukcja, która pozwalała Honkerowi jechać.

Tylko że po całym dniu walki trzeba było podjąć znacznie trudniejszą decyzję.

Czy jedziemy dalej?

Do Almeríi wciąż było daleko. Potem prom. Maroko. A później jeszcze powrót do Polski.

Nie mieliśmy pewności, jak długo wytrzyma naprawiony układ.

Odpowiedź była bolesna, ale oczywista.

Zawracamy.

Czasem trzeba wiedzieć, kiedy odpuścić

Można było próbować jechać dalej i liczyć, że jakoś się uda.

Ale wyprawa to również umiejętność oceny ryzyka.

We Francji wciąż mieliśmy szansę wrócić do Polski własnymi siłami. Gdyby samochód odmówił posłuszeństwa gdzieś dalej, czekałaby nas laweta, transport Honkera przez Europę i zupełnie inna skala problemów.

Maroko przestało być celem.

Nowym celem stał się dom.

Jak się później okazało, była to bardzo dobra decyzja.

Problem z przewodem dolotowym nie był bowiem jedynym.

Turbosprężarka była już w bardzo złym stanie.

A do tego zaczął poddawać się krzyżak tylnego wału napędowego.

1300 kilometrów do domu

W Honkerze napęd podczas normalnej jazdy przekazywany jest na tylną oś, a przednią można dołączyć. Nie można natomiast po prostu wyłączyć tyłu i kontynuować podróży wyłącznie na przednim napędzie.

Uszkodzenie tylnego wału mogło więc definitywnie zakończyć naszą jazdę.

Zaczęła się zupełnie inna wyprawa.

Nie do Afryki.

Do domu.

Jechaliśmy odcinkami po około 100–150 kilometrów. Parking. Postój. Kontrola. Czas na ostygnięcie podzespołów.

I znowu 100 kilometrów.

Staraliśmy się nie przeciążać silnika i turbosprężarki. Prowizorycznie naprawiony dolot musiał pozostać szczelny, żeby samochód nie tracił mocy i nie zaczynał ponownie kopcić.

Jednocześnie cały czas mieliśmy z tyłu głowy uszkodzony krzyżak.

Najgorsze były korki i roboty drogowe.

Honker zdecydowanie bardziej potrzebował wtedy spokojnej, jednostajnej jazdy niż stania i ruszania w zatłoczonym ruchu.

Kilometry jednak powoli znikały.

Francja.

Niemcy.

Kolejny nocleg.

Po drodze dostaliśmy jeszcze od pogody wszystko, co miała w ofercie. Ulewy, burze, a nawet gradobicie.

Jakby sama awaria była zbyt małą atrakcją.

Ale jechaliśmy dalej.

Honker wrócił

W końcu po około 1300 kilometrach powrotu uszkodzonym samochodem zobaczyliśmy dom.

Honker dojechał o własnych siłach.

Nie dojechał do Almeríi.

Nie wjechał na prom.

Nie zobaczył Maroka.

Nie osiągnęliśmy celu, który wyznaczyliśmy sobie przed startem.

A jednak trudno powiedzieć, że była to wyprawa bez sukcesu.

Przez te kilka dni nauczyliśmy się o samochodzie i o sobie prawdopodobnie więcej niż podczas niejednej bezproblemowej podróży.

Naprawialiśmy Honkera na parkingach i kempingu. Korzystaliśmy z pomocy ludzi, których wcześniej nie znaliśmy. Szukaliśmy części do polskiego samochodu we francuskich warsztatach. Improwizowaliśmy z tym, co akurat było pod ręką.

A kiedy trzeba było podjąć decyzję o rezygnacji z celu, podjęliśmy ją.

Potem zostało już tylko 1300 kilometrów walki o to, żeby samochód wrócił do Polski na własnych kołach.

I wrócił.

W stronę Afryki

Nazwaliśmy tę wyprawę „W stronę Afryki”.

Z perspektywy czasu trudno byłoby wymyślić dla niej lepszą nazwę.

Bo właśnie tam jechaliśmy.

Tym razem droga skończyła się we Francji, a zamiast marokańskich bezdroży dostaliśmy lekcję improwizacji, mechaniki, cierpliwości i podejmowania trudnych decyzji.

Ale jedno się nie zmieniło.

Maroko i tak zrobimy.

Nie teraz, to później.

Afryka poczeka.

Samochód wyprawy

Honker 2000