Norwegia i Szwecja 2024
WYPRAWA

Norwegia i Szwecja 2024

kamperem na północ

Reportaż

Historia wyprawy

kamperem na północ

Tym razem było trochę inaczej. Bez Honkera, bez typowej wyprawy 4×4 i bez jednej, z góry ustalonej trasy, którą wszyscy mieli pokonać razem.

W połowie czerwca 2024 roku ruszyłem na północ samodzielnie zbudowanym kamperem na bazie Peugeota Boxera. Towarzyszyli mi siostra i szwagier, ale oni wybrali zupełnie inny środek transportu – motocykl.

Pomysł był prosty: Norwegia i Szwecja, dwa pojazdy i jedna wyprawa, ale każdy jedzie po swojemu.

W ciągu dnia mieliśmy wybierać własne trasy, podróżować we własnym tempie i zatrzymywać się tam, gdzie akurat chcieliśmy. Wieczorami mieliśmy odnajdywać się gdzieś po drodze i wspólnie nocować.

Jak się szybko okazało, ten sposób podróżowania sprawdził się znakomicie.

Każdy z nas miał swoją własną przygodę, ale każdego wieczoru znowu byliśmy jedną ekipą.

Wtedy Boxer stawał się naszym wspólnym domem.

To tutaj gotowaliśmy, jedliśmy, odpoczywaliśmy i – co w Norwegii okazało się szczególnie ważne – suszyliśmy wszystko po kolejnych kilometrach przejechanych w deszczu. Praktycznie całą wyprawę spaliśmy właśnie w kamperze. Poza bodaj jedną nocą był jednocześnie środkiem transportu, kuchnią, jadalnią, suszarnią i sypialnią.

Rano każdy ponownie ruszał w swoją stronę.

Przez Danię do Norwegii

Wystartowaliśmy 14 czerwca.

Droga prowadziła przez Niemcy i Danię, skąd promem przeprawiliśmy się do Kristiansand w Norwegii.

Stamtąd zaczęła się właściwa część wyprawy.

Ruszyliśmy na zachód i północ, trzymając się w dużej mierze norweskiego wybrzeża. Po drodze były Stavanger i Bergen, ale im dalej jechaliśmy, tym krajobraz stawał się bardziej spektakularny.

Fiordy robiły się większe, góry coraz bardziej strome, a wodospady pojawiały się praktycznie wszędzie.

To była właśnie ta Norwegia, dla której warto było przejechać tyle kilometrów.

Geiranger – każdy swoją drogą

W okolicach Geiranger nasze trasy ponownie się rozdzieliły.

Ja wybrałem przeprawę promową z Hellesylt do Geiranger. To pozwoliło zobaczyć fiord z zupełnie innej perspektywy – od strony wody, pomiędzy wysokimi ścianami gór i spadającymi z nich wodospadami.

Siostra ze szwagrem wybrali motocykl i trasę prowadzącą przez góry.

Jechaliśmy więc do tego samego miejsca, ale każde z nas oglądało Norwegię zupełnie inaczej.

Później przyszła kolej na Drogę Orłów. Spotkaliśmy się ponownie już na górze.

W planach była również słynna Droga Trolli, jednak tym razem musieliśmy ją odpuścić – trasa była zamknięta.

Prom za promem

Podróżując wzdłuż zachodniego wybrzeża Norwegii, bardzo szybko można się przyzwyczaić do jednego: promy są tutaj po prostu częścią drogi.

Fiord kończy asfalt, wjeżdża się na prom, kilkanaście czy kilkadziesiąt minut później zjeżdża się po drugiej stronie i jedzie dalej.

I tak kolejny raz.

I kolejny.

Podczas tej wyprawy przepraw było tyle, że trudno byłoby je wszystkie policzyć. Jednocześnie właśnie wtedy można docenić, jak dobrze Norwegowie zorganizowali transport w tym niezwykle trudnym terenie.

Droga Atlantycka

Kolejnym punktem była Droga Atlantycka – jedna z tych tras, które zna się ze zdjęć jeszcze zanim pierwszy raz zobaczy się je na własne oczy.

My przejechaliśmy ją dwa razy.

Najpierw w jedną stronę, a później zawróciliśmy i pokonaliśmy ją ponownie, ponieważ przy dalszej podróży na północ taki wariant trasy okazał się dla nas najkorzystniejszy.

I zdecydowanie nie był to powód do narzekania.

Coraz dalej na północ

Im dalej jechaliśmy, tym mniej przyjazna stawała się pogoda.

Deszcz, wiatr i niskie temperatury zaczynały być stałym elementem każdego dnia. Mimo tego konsekwentnie przesuwaliśmy się na północ, aż dotarliśmy do koła podbiegunowego.

Pierwotny plan zakładał dalszą podróż na Lofoty.

W pewnym momencie trzeba było jednak odpowiedzieć sobie na pytanie, czy nadal jest to przyjemność, czy już tylko realizowanie planu za wszelką cenę.

Był czerwiec, a temperatura w okolicach koła podbiegunowego spadała nawet w okolice -5°C. Do tego dochodziły wiatr i praktycznie nieustający deszcz.

Lofoty musiały poczekać na inną wyprawę.

Pojechaliśmy jeszcze kawałek dalej na północ, a następnie odbiliśmy w kierunku Szwecji.

I wtedy charakter całej podróży nagle się zmienił.

300 kilometrów przez szwedzką pustkę

Po norweskich górach, fiordach, promach i kapryśnej pogodzie wjechaliśmy w zupełnie inny świat.

Przed nami było około 300 kilometrów jazdy przez niemal kompletną dzicz.

Droga, las i praktycznie nic więcej.

Momentami nie było samochodów, zabudowań ani innych śladów obecności człowieka. Za to pojawiło się coś, czego na co dzień na europejskich drogach raczej się nie spotyka – renifery i łosie.

To był jeden z tych fragmentów wyprawy, podczas których sama droga staje się atrakcją.

Po przejechaniu Szwecji ze strony norweskiej dotarliśmy w okolice Skellefteå nad Zatoką Botnicką.

Szwecja – spokojniej i cieplej

Od tego momentu zaczęliśmy kierować się na południe.

Podróżowaliśmy etapami. Nie chodziło o jak najszybsze pokonywanie kolejnych kilometrów. Jechaliśmy przez większą część dnia, ale po drodze zatrzymywaliśmy się tam, gdzie coś zwróciło naszą uwagę.

Po intensywnej Norwegii Szwecja miała zupełnie inny klimat.

Więcej przestrzeni, lasów, niewielkich miejscowości i charakterystycznych czerwonych drewnianych domów.

Jednym z miejsc, które szczególnie zapadło mi w pamięć, była stara, tradycyjna szwedzka wioska, w której zatrzymaliśmy się na noc. Drewniana zabudowa, cisza i krajobraz sprawiały wrażenie miejsca znajdującego się gdzieś poza współczesnym światem.

Dalej ruszyliśmy na południe.

Sztokholm tym razem ominęliśmy. Zamiast ponownie trzymać się całego wybrzeża, skróciliśmy trasę przez południową część Szwecji i skierowaliśmy się w stronę Ystad.

Prom do Polski

W Ystad zakończyła się skandynawska część naszej podróży.

25 czerwca wjechaliśmy na prom do Świnoujścia.

Po kilkunastu dniach norweskich fiordów, promów, gór, deszczu, mrozu, szwedzkich lasów, reniferów i tysięcy kilometrów drogi znowu byliśmy w Polsce.

Został jeszcze ostatni nocleg nad polskim morzem.

Później ja skierowałem się już do domu, natomiast siostra i szwagier postanowili przedłużyć swoją motocyklową podróż i pojechali dalej zwiedzać Polskę.

Około 4500 kilometrów później

Cała moja trasa zamknęła się w około 4500 kilometrach i jedenastu dniach podróży – od wyjazdu 14 czerwca do powrotu promem do Polski 25 czerwca.

Nie dotarliśmy na Lofoty. Nie przejechaliśmy Drogi Trolli. Pogoda wielokrotnie zmuszała nas do zmiany planów.

Ale właśnie dlatego była to prawdziwa podróż.

Nie realizowaliśmy punkt po punkcie przygotowanego wcześniej harmonogramu. Każde z nas miało swobodę wyboru własnej drogi, a wieczorem ponownie spotykaliśmy się przy naszym mobilnym domu.

Boxer, którego wcześniej sam zbudowałem jako kampera, podczas tej wyprawy przeszedł prawdziwy test. Przez prawie dwa tygodnie był naszym transportem, bazą, kuchnią, suszarnią i miejscem odpoczynku.

Norwegia dała nam fiordy, góry, wodospady i pogodę, która potrafiła skutecznie zweryfikować plany.

Szwecja dała przestrzeń, ciszę, setki kilometrów pustych dróg, lasy, renifery i łosie.

A Lofoty?

Zostały na następny raz.

Samochód wyprawy

Peugeot Boxer

Obejrzyj wyprawę

Filmy z trasy

Odcinek 01